Wśród marzeń

Próbuję uczyć się życia. Książki mi w tym pomagają.

Miłość w czasach zarazy - Gabriel García Márquez
Był jeszcze zbyt młody, aby wiedzieć, że pamięć serca unicestwia złe wspomnienia, wyolbrzymiając dobre, i że dzięki temu mechanizmowi udaje nam się znosić ciężar przeszłości.
Punkt Lagrange'a - Jacek Szczyrba
Mówią, że najważniejsze jest pierwsze pięć lat. Wtedy to właśnie świeżo przybyły na scenę berbeć jest formowany przez otoczenie i te pierwsze lata decydują o wszystkim. Chociaż nie, to zbyt duże uproszczenie. Ten początek drogi nie decyduje o tym kim dany osobnik zostanie w przyszłości (...) O tym zadecyduje wiele innych zmiennych, a ich wypadkową będzie ostatecznie treść napisu na nagrobku: magister inżynier, albo: tu spoczywa jutrzenka ludzkości, nowego człowieczeństwa, Adam. Ten początkowy okres jest jak forma odlewnicza, w której zastyga charakter nowego obywatela.
Punkt Lagrange'a - Jacek Szczyrba

Zastanawialiście się, jak funkcjonuje świat? Czy czasem nie ma tajnych agentów, którzy z ukrycia kierują losami krajów? Wszczynają protesty, szepczą słówka do osób, które mogą coś zrobić. Bez walk zmieniają świat. Z ukrycia robią to, co mają zaplanowane. 

 

Ciekawa wizja. Możemy ją znaleźć w książce "Punkt Lagrange'a". Tam naprawdę nic nie dzieje się z przypadku. 

 

"Punkt Lagrange'a" to połączenie kilku gatunków. Na pewno jest to powieść sensacyjna, przy której nie zanudzimy się, bo ciągle coś się dzieje. Ale za to często będziemy mieć mętlik w głowie, gdyż dopiero wyjaśnienia pokazują całą drogę do wydarzeń, które się staną. Bez nich książka na pewno nie byłaby tak dobra jak jest.

 

Na pewno możemy ją też zaliczyć do powieści politycznej. Tak, w "punkcie Lagrange'a" polityka jest bardzo ważna. Polityka nam trochę znana, lecz w powieści poznajemy ją z innego punktu widzenia.

 

To też trochę książka filozoficzna. Pomiędzy akcję autor wplata eseje filozoficzne na tematy polityczne, społeczne, obyczajowe. Przeważnie są wplatane w słowa bohaterów. Nie zanudzają, bo nie są zbyt długie i dzięki nim poznajemy też trochę bohaterów. A może i samego autora?

 

W powieści mamy dwie główne postaci, które poznajemy dość dobrze. Pierwszą z nich jest Texas - młody chłopak dorastający w latach 80., który jest świadkiem zbrodni, lecz żyje w kraju, w którym niektóre zbrodnie uchodzą na sucho. Kocha samochody, zna się na nich i wraz ze stryjem prowadzi warsztat samochody. Widok zbrodni zmienia go. Bardzo go zmienia. Dzięki fragmentom filozoficznym o tym, dlaczego świat jest jaki jest, możemy jeszcze bardziej zrozumieć wybory Texasa.

 

Jest jeszcze Vadim. To jest naprawdę ciekawa postać, złożona, trudna do rozszyfrowania. Jednak w pewnym momencie zaczyna dużo o sobie mówić... nie tylko o sobie, ten o zasadach, które rządzą światem, o pionkach na szachownicy, którymi kieruje GÓRA, o tajemnicach, sekretach, zbrodniach. O swoim życiu. Lecz nie tylko.

 

Poznajemy te postacie na tyle dobrze, że zaczynamy rozumieć ich wybory. Ale czy im kibicujemy?

 

Ja najbardziej chciałam poznać zakończenie. Każda strona udowadniała, że koniec mnie zaskoczy i sprawi, że na długo książka pozostanie mojej pamięci. I tak też się stało. Cała powieść wskazuje, że to będzie świetna lektura, a zakończenie tylko udowadnia ten fakt.

 

Autor, Jacek Szczyrba ma też świetny styl, który sprawia, że po paru stronach zaczynamy mu wierzyć. Zapominamy, że to powieść sensacyjno-polityczna. Za to zaczynamy myśleć, że może coś w tym wszystkim jest? Może...

 

Już sam prolog wskazuje, że będzie to dość tajemnicza, lecz ciekawa pozycja. Epilog zaś nadal pozostawia uchylone drzwi. Niby wszystko zostało powiedziane, lecz później dowiadujemy się, iż wydarzyło się coś jeszcze... Tylko co? To chyba pozostaje do rozwiązania w naszej wyobraźni. 

 

Ja z mojej strony książkę bardzo polecam. Trzyma w napięciu do końca, zakończenie jest genialne. Może czasem są za długie rozważania, jednak całość sprawia, że książka jest rewelacyjna.

Bajki robotów - Stanisław Lem
(…) zabrakło głupców w całym Kosmosie, chociaż niektórzy mówią, że ich jeszcze sporo, a tylko drogi nie znają.
Bajki robotów (Stanisław Lem. Dzieła, #7) - Stanisław Lem

"Bajki robotów" to poznanie wszechświata, w którym żyją roboty, machiny. Poznane światy nie są zamieszkane przez ludzi, czy inne potrzebujące tlenu, jedzenia stworzenia. Odkrywanie go w poznanych bajkach było naprawdę oczarowujące.

 

To już moja druga książka Lema, którą miałam przyjemność poznać. Pierwszą był "Powrót z gwiazd", który przypadł mi do gustu, aczkolwiek na początku się go dość ciężko czytało przez język, który łatwy nie był. Z "Bajkami robotów" sprawa jest przyjemniejsza, bo i język łatwiejszy. Mało w nim słów niezrozumiałych, stworzonych na potrzeby książki... może nie mało, tylko te słowa jest o wiele łatwiej rozszyfrować, bo czy ktoś miałby problem z słowem "intelektryk"? 

 

Może w przypadku tych bajek nie będę opisywać każdej kolejno, bo wiadomo - są lepsze i gorsze, ciekawsze i mniej ciekawe. Zresztą uważam, że w "Bajkach robotów" każdy znajdzie sobie swój ideał.

 

Za to strasznie, ale naprawdę strasznie spodobały mi się wyrazy w książce. Na przykład określenie rycerzy - elektrycerze (cudowne) albo określenie "bladawca". Choć bladawiec według robotów nie jest człowiekiem (ani razu nie było słowa "człowiek") to jednak przy każdym opisie bladawca pomyślało się o człowieku. Chociaż rurki z truciznami? Czy otwory... w sumie bladawiec w ustach robotów brzmi naprawdę ciekawie. Jak egzotyczny okaz zwierzęcia. I wiele, wiele innych. Przy tych nazwach aż ciężko się nie uśmiechnąć. 

 

Forma bajek przypomina te nam znane. Większość jest o królach, królewnach, rycerzach, potworach, a nawet możemy znaleźć smoka. Różnica polega na tym, że królowie, królewny, rycerze, smok to roboty. Zaś miejsce akcji to kosmos i różnorodne planety. Każda bajka zawiera też morał. 

 

W ogóle po lekturze stwierdziłam, że chciałabym zobaczyć "Bajki robotów" na dużym ekranie. Może jako serial animowany? Ale dla dorosłych. Mogłoby z tego wyjść coś naprawdę fajnego.

 

Tytuł lektury wskazuje na coś dla dzieci. Jednak tak naprawdę książka jest dla starszych czytelników. Znajdziemy w niej bowiem czasem makabryczne sceny. A nawet rozważania na temat samobójstwa (!!) czy rozważania na temat śmierci, sensu życia (lub jego bezsensu jak kto woli). 

 

W bajkach obecny jest też humor. Co prawda jest on przeważnie tzw. czarnym humorem. Jednak naprawdę podczas lektury można się uśmiechnąć do książki. ;)

 

Plusem jest też fakt, że wszystkie bajki rozgrywają się w jednym uniwersum. Bladawiec w każdej opowieści, w której się pojawia, jest tą samą tajemniczą istotą, o której niektóre uczone roboty wiedzą więcej, inne mniej. Fascynacja niektórych robotów Bladawcem też nikogo nie dziwi. Każdego fascynuje to, co tajemnicze. Nawet jeśli się tego boi. 

 

W książce zobaczymy też jak autor się bawił językiem. I jakie to może być fajne. Tworzenie nowych wyrazów - to jedno. Ale podczas lektury możemy też znaleźć choćby maszynę tworzącą tylko wyrazy na "n" czy zmiany wyrazów, która wynikła z działania głuchego telefonu.

 

Lektura jest naprawdę przyjemna i bardzo wartościowa. "Bajki robotów" to historie, które powinien poznać każdy fan fantastyki. Legendy robotów mogą mieć w sobie cząstkę prawdy... no bo jeśli roboty staną się maszynami samodzielnie myślącymi... nie wiadomo, jak wówczas traktowaliby je ludzie - czy tak jak bladawce? Czy może okazaliby się od nich mądrzejsi? Może roboty mogłyby żyć obok ludzi jak choć "Futuramie". A może będą musiały uciekać, bo nie będą traktowani tak jak być powinni. Być może też dojdzie do jakiejś wojny z robotami. Wersji jest wiele. Tak wiele. Pomysłów daleko nie trzeba szukać - jest wiele filmów, seriali, książek, w których porusza się problem inteligencji maszyn. "Bajki robotów" to też jedna z hipotez na ten temat. Choć nie tylko.

 

Ogromnie polecam. :)

Jeździec bez głowy - Thomas Mayne Reid
W ogóle kobiety zdolne są kochać człowieka, którego nienawidzą i dla którego żywią pogardę.
Jeździec bez głowy - Thomas Mayne Reid

Zastanawiam się teraz, dlaczego sądziłam, iż serial o tym samym tytule jest na podstawie tej książki? Poza tytułami nic ich nie łączy. Gdyby serial choć dotykał historii z książki, byłoby o tym wspomniane. Lecz ja i tak byłam pewna, że te dwie historie są ze sobą powiązane.

 

A tu nic. W serialu - piękna fantastyka, w książce jest tajemnica, aczkolwiek jej rozwiązanie nie ma w sobie nic z fantastyki. Może to i lepiej, bo wyszło prawdziwiej. Ale też ciekawiej.

 

Historia, jakich wielu. Ona + on. Wiele nie trzeba, by pojawiło się uczucie. Miłość jest piękna, popycha do dobrego. Lecz zazdrość sprawia, że stajemy się źli. Te dwa uczucia pojawiają się w książce. One są najważniejsze. To dzięki nim mamy tak piękną historię.

 

Uwielbiam styl autora. Była to książka, od której oderwać się nie mogłam. Czytając, wciąż czekałam na więcej i więcej. Cudowne to uczucie, gdy książkę nie czyta się przymusowo, by skończyć, lecz z przyjemnością, by poznać losy bohaterów do końca.

 

Zaś bohaterowie.

Maurice Gerald, łowca mustangów, to postać, którą pokochałam całym swoim serduszkiem. Jest ideałem. Moim ideałem i nie pragnę niczego więcej, jeśli o niego chodzi. Naprawdę - postępował tak jak powinien. Pokochałam go.

 

Luiza zaś choć przepiękna, ujęła mnie swoją walką o miłość. To dopiero było coś. Ona w pewnym momencie stała się dla mnie kobietą, która potrafi o siebie walczyć. Lecz nie tylko o siebie.

 

Tytułowy Jeździec bez głowy dodawał całej historii mroku. Sprawiał, że człowiek zastanawiał się, czym lub kim ta postać jest. Była jakby upiorem, który poza atrakcją, dodawał też nieco lęku. Nawet mi. 

 

Oczywiście, gdy już rozwiązano zagadkę związaną z postacią jeźdźca - lęk mniejszy zbudzał. Ale i tak jego nagłe pojawienie się było bardzo mroczne.

 

Przyznam, iż choć wiele książek czytam, było kilka momentów, w których zaskoczyła mnie fabuła. Jednak więcej było wątków, które łatwo było przewidzieć. Choć naprawdę, w przypadku ważnych spraw dla fabuły, zaskoczenie królowało. 

 

Zapomniałam wspomnieć o Felimie. Ta postać byłe genialna. Nieco zabawny, aczkolwiek lojalny sługa Mauricego. 

 

Jeśli chodzi o zakończenie. O głównym winowajcy wiedziałam wcześniej. Tego łatwo było się domyślić. Jednak dochodzenie bohaterów do tego, kto, co i dlaczego właśnie to uczynił ciekawiło mnie. Bowiem łatwo jest oskarżać nie mając dowodów. Czasem zaś bardzo trudno jest te dowody zebrać. 

 

Podczas lektury mogłam poczuć się jak na Dzikim Zachodzie. Nie było może wielu westmanów (mianowicie pamiętam tylko jednego). Spotkanie z Indianami też graniczyło z cudem. Ale wiecie - łowca mustangów, dzika przestrzeń... no po prostu Dziki Zachód jak się patrzy. Tylko w nieco innym stylu. 

 

Dla mnie ta lektura okazała się wielką dawką przyjemności. Mam nadzieję, że podobnie będzie z Wami.

Metody. Zmień swoje problemy w odwagę, wiarę i kreatywność - Phil Stutz, Barry Michels
Jeśli twoja szklanka jest tylko w połowie wypełniona miłością,a ty dasz się z niej napić komuś, kto jest twoim wrogiem ,szklanka wróci do Ciebie pełna po brzegi.
Metody. Zmień swoje problemy w odwagę, wiarę i kreatywność - Phil Stutz, Barry Michels

Uwierzycie, że kupiłam tą książkę za 2 złote? Coś niesamowitego, wręcz niemożliwego. Przyznam, iż to moja pierwsza książka kupiona tak tanio. 

 

Przyznam, iż 2 złote nie było mi szkoda wydać, lecz równocześnie nie spodziewałam się zbyt wiele. Bo czego można się spodziewać po książce kupionej tak tanio?

 

Chyba nie okazałam się czytelnikiem, jakiego autorzy oczekiwali. Bowiem książkę przeczytałam od deski do deski. Ale równocześnie, uznałam, że nie skończę tylko na czytaniu. Wypróbuję metody. Będę je stosować tak długo, aż zaczną działać. Tak długo, aż stanę się lepszą wersją samej siebie.

 

Tytułowe METODY to coś, czym według autorów można odmienić swoje życie. Każda z METOD ma swoje zastosowanie. Niektóre można stosować w podobnych sytuacjach. Dzięki nim pokonamy lęki, stres. Będziemy gotowi na działanie. Wyjdziemy z strefy komfortu. Zaczniemy żyć. Usuniemy z naszego życie złość na kogoś, nienawiść, poczucie krzywdy, przesadne zamartwianie się, nieśmiałość, poczucie bycia gorszym od reszty. Będziemy łatwiej nawiązywać kontakt z innymi ludźmi. Nie będziemy mieć obsesyjnych myśli, przestaniemy przesadnie siebie krytykować, powracać wciąż do przeszłości. Staniemy się silniejsi. Nie staniemy wiary w siebie, siły do działania.

 

Kusząca oferta, nie sądzicie? Aż żal nie skorzystać. 

Ale na czym polegają? Tak, w skrócie? Na uruchomieniu wyobraźni, bo wiele rzeczy musimy sobie wyobrazić. Na wizualizacji obrazów, które nie zawsze będą miłe dla nas. Na regularnym stosowaniu metod. Ich się nie stosuje do momentu polepszenia swojego życie. One mają nam towarzyszyć przez całe nasze życie.

 

Czy więc warto? Trudno mi powiedzieć, bo mam z nimi problemy. Na początku musimy je stosować w domu, w każdej wolnej chwili. Jak dojdziemy do perfekcji, stosujemy je w określonych sytuacjach. I podobno czujemy się lepiej. Mamy siłę do pokonywania problemów, naszych lęków, smutków. 

 

Uważam, że w METODY trzeba wierzyć. Bez wiary, że nam pomogą, nie widzę sensu w ich stosowaniu. Bez tej wiary nie mamy też ochoty na ich stosowanie. Fajnie się czyta o pacjentach autorów, lecz jednak mając tylko książkę, nie poradzimy sobie z METODAMI. Choć można spróbować bez wiary w nie, ona być może pojawi się później. Zresztą sami autorzy poświęcają jeden rozdział wierze. 

 

Czy polecam? Jeśli pragniecie zmienić swoje życie, jesteście gotowi na nietypowe metody, na stosowanie ich do końca swojego życia, to coś dla Was. Jeśli potrzebujecie zmian, ale nie jesteście pewni METOD - spróbujcie, może są one dla Was. Jednak przyznam, że ta książka nie jest dla każdego. Nie mogę też powiedzieć, że METODY na 100% działają - ja dopiero zaczynam z nimi przygodę. Gdy zaś będę pewna, że one działają, napiszę o tym. Teraz nie wiem. Nie wiem, czy mi pomogą, czy po czasie uznam, że nie ma sensu ich stosowanie. Jednak chcę je wypróbować. Książka zachęciła mnie do METOD, do ich stosowania.  

 

Mój koszt w książkę był niewielki. Jednak, gdybym wydała złotych 30, a ona nie przypadłaby mi do gustu - zawiodłabym się. METODY dla niektórych mogą wydawać się czymś magicznym, wręcz śmiesznym do stosowania. Musicie więc sami odpowiedzieć sobie na pytanie, czy coś takiego przypadłoby Wam do gustu. Czy to Wasz klimat? 

 

Na razie oceniam ją wysoko. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię jej oceny. Mam nadzieję, że pomoże uporać się z moimi demonami. 

Monsieur Jean szuka szczescia - Thomas Montasser
Człowiek tak długo jest igraszką losu, jak długo nie bierze go w swoje ręce.
Monsieur Jean szuka szczescia - Thomas Montasser
(...) usłużną duszę dostrzega się zazwyczaj tylko wtedy, gdy jej się naprawdę potrzebuje, tak jak włącza się lampę, by uzyskać światło, nie zauważając przy tym naprawdę samej lampy ani nie doceniając jej istnienia.
Szczęśliwy dom - Krystyna Mirek
Za popełniony błąd trzeba zapłacić. Rachunek życiowy zawsze musi się zgodzić. Jeżeli ktoś nie chce płacić dobrowolnie, los wystawi mu fakturę sam. Bywa, że w mniej sprzyjających okolicznościach i na dużo większa kwotę .
Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett
Na świecie musi być oczywiście mnóstwo czarów - powiedział [Colin] pewnego dnia z powagą - ale ludzie nie potrafią ich rozpoznać ani ich odprawiać. Może na początek wystarczy mocno uwierzyć, ze stanie się coś dobrego i wtedy się spełni. Muszę to wypróbować.
Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett

Lubię tajemnice. Sekrety, które mają moc zmieniania ludzi. Czary, które sprawiają, że chory zdrowieje. Lubię "Tajemniczy ogród", w którym można znaleźć magię i radość.

 

Jedno mnie irytowało w tej książce. Powtarzanie, jaka to Mary była zła i nieznośna. Przepraszam bardzo autora, ale sam stworzył postać, która już od małego nie była kochana. To jaka miała być? Milutka? Kochaniutka? Dobra? Jej własna matka nie troszczyła się o nią, nie dbała, nie chciała jej. Tak naprawdę była niechcianym dzieckiem. Nawet, gdy zamieszkała w Misselthwaite Manor, Yorkshire w Anglii, żaden z dorosłych nie próbował nawet jej polubić czy chociaż zrozumieć. Jedynie dzięki Marcie, która dorosła jeszcze nie była, nasza Mary stawała się kimś innym, kimś lepszym. Później zaś Dick (kolejne dziecko!) sprawił, że Mary stała się radosna. 

 

Zastanawiające jest dla mnie, dlaczego zachowanie Colina i Mary było tak strasznie piętnowane (rozumiem, że to książka dla dzieci, ale jednak!) podczas gdy zachowanie pielęgniarki Collina było w sumie ok. Przecież to, że się naśmiewała z dzieci jest czymś normalnym i miała do tego prawo. To, że wykonywała zawód, który nie powinno również nie jest czymś godnym piętnowania. Ale to, że Mary i Colin - dzieci, które nie zaznały miłości, były złe - to trzeba było powtarzać uporem maniaka.

 

Tak. Bardzo się wczułam w dzieci. Było mi ich ogromnie szkoda. Najbardziej Mary, bo matka jej nie kochała. W przypadku Colina to było coś innego. Bowiem potrafiłam zrozumieć też ojca, który praktycznie w tym samym czasie stracił ukochaną osobę i zyskał syna, który już po narodzinach miał umrzeć. To musiało być dla ojca Colina bardzo ciężkim przeżyciem. Ale cała służba, która pracowała w tym domu nie starała się zrozumieć ani Pana domu ani jego syna. Może poza Benem, który doskonały nie był, ale był o wiele lepszy od pozostałych dorosłych bohaterów, poza matką Dicka, która była chodzącą doskonałością. 

 

"Tajemniczy ogród" mnie oczarował. Książkę czyta się szybko. Trudno się od niej oderwać. Zaś zmiany, które zaszły w Mary i Colinie są czymś najwspanialszym, czymś, co warto wierzyć. 

 

Magia tajemniczego ogrodu działa na dzieci. Sprawiała, że dzieci zaczynały pracować nad sobą. Tutaj chyba też można odnaleźć lekcje dla wszystkich: dorosłych i małych - to nie magia nas zmienia, to my sami to sprawiamy. 

 

Czasami się czułam jak przy czytaniu poradników. Choć autor powtarzał, że Mary jest złym dzieckiem to tak prawdę mówiąc nie dlatego jej nikt nie lubił. Mary już na samym początku w nowym domu nie była taka jak w Indiach. Ale wciąż nie była radosnym dzieckiem. Tylko, czy musisz być szczęśliwy, by Cie każdy lubił? Czy jeśli jesteś smutny, bo życie z Tobą poniewierało, nie masz prawa być lubianym przez innych? 

 

Kto z nas nie lubi tajemnic? I czy tajemnice nie łączą ludzi. Dicka, Mary i Colina połączył wspólny sekret. Lecz nie to jest ważne. "Tajemniczy ogród" to piękna historia o rodzącej się przyjaźni. Przyjaźni, która może sprawiać cuda. Ale to też historia o miłość - utraconej, lecz też rodzącej się na nowo. 

 

Człowiek jest trochę jak roślina. Może wyrosnąć z niego coś pięknego, co będzie zachwycało... lub coś brzydkiego. To co z nas wyrośnie zależy nie tylko od nas, ale też od naszego otoczenia, od przeszłości, teraźniejszości, ale też i przyszłości, od ludzi, którzy mają na nas jakiś wpływ. Jest w tym pewna magia. Podobnie jak i w tej lekturze.

 

Gorąco ją polecam. :)

Ivanhoe - Walter Scott
Ty i ja, jesteśmy pionkami w obliczu nieuchronnego przeznaczenia, które nas ponagla, niczym statki miotane przez sztorm, rozbijające się jeden o drugi i tak ginące.
Ivanhoe - Walter Scott

Średniowieczny klimat. Bohaterowie zapadający w pamięć. Fabuła, która wciąga. Czy trzeba czegoś więcej, by się dobrze bawić przy lekturze?

 

Ok, na początek muszę to przyznać. Książka była przewidywalna. O pojawieniu się Ivanhoe wiedziałam wcześniej niż inni bohaterowie. I do tej pory nie mogę pojąć, jak inni się nie domyślili, że Ivanhoe jest wśród nich. Podobna rzecz ma się do Czarnego Rycerza, czy pełnego tajemniczego łucznika.

 

 Wilfryd Ivanhoe - tytułowy bohater to osoba idealna, do której ma się wysokie oczekiwania. Opisywana jest jako ktoś wspaniały, szlachetny, wręcz ideał. Jest dobry nawet w stosunku do osób, które należą do niewiernych, co jest trochę dziwne, trochę piękne i wspaniałe. 

 

Ivanhoe to rycerz idealny, a ja lubię takich ideałów. Dlatego też polubiłam go. Jednak to nie ta postać sprawiła, że książka mnie przez kilka dni zabawiała. Nie jestem pewna, czy nie przerwałabym opowieści, gdyby nie dwójka pobocznych bohaterów. Bohaterów, którzy sprawiali, że człowiek sam do siebie się uśmiechał. Bohaterów, którzy pokazali, czym jest wierność i przyjaźń. Bohaterów, którzy mieli w sobie wielką mądrość. 

 

Gurth i Wamba, bo o nich mowa, są duetem doskonałym. Świetni przyjaciele, wierni, a przede wszystkim umiejący działać w trudnych sytuacjach.

 

Wamba to błazen. Tyle tylko, że błaznem jest w oczach innych bohaterów, podczas gdy każdy czytelnik z pewnością zauważy, iż nie taki z niego głupiec jaki się każdemu wydaje. Gurth to pastuch świń. Przy tym zadaniu przeważnie towarzyszył mu Wamba. Razem rozmawiali, razem się śmiali i razem służyli Cedrikowi. Każdy w taki sposób, w jaki kazały mu jego obowiązki.

 

Cedryk to człowiek uparty, wybuchowy, ale i kochający swoją ojczyznę. To postać, o której rozpisywać długo nie warto.

 

Za to Rebeka. Cudna Rebeka. Żydówka, która potrafiła leczyć. Kobieta piękna. Tak piękna (a może nawet i bardziej) jak Rowena - druga postać kobieca, którą może poznać. 

 

Rebeka żyje w zgodzie swoją religią. Ma zasady i nawet w obliczu śmierci nie wyrzeknie się z nich. Rebeka jest postacią, której się nie zapomina. Tak jak i o Brianie de Bois-Guilbert. Ten człowiek jest w stanie pokazać, co może z człowiekiem zrobić uczucie. To bohater pełen sprzeczności. Czarny charakter, który znowu nie jest taki zły. Człowiek, który wydaje się prawdziwy. 

 

Jest jeszcze jeden bohater, o którym chciałam coś napisać. Tajemniczy łucznik, który bardzo przypomina pewnego bohatera...a być może i jest tym bohaterem. Jako, że niedawno czytała książkę o tym bohaterze, od razu mi go przypominał... i jakbym wiedziała wcześniej, że znajdę go w "Ivanhoe" to chyba już dawno przeczytałabym tą lekturę. :)

 

Książkę dość długo czytałam. Ona ma taki styl. Choć fabuła jest prosta, treść nie jest zaskakująca, to przez długie i momentami nudne opisy, książka po prostu się ciągnęła. Dla dialogów, przy których dobrze się bawiłam (Wamba, Gurth), dialogów, które oczytałam z ożywieniem (wszystkie z Rebeką) nie żałuję ani minuty spędzonej przy lekturze. Niemienia to jednak mojego odczucia. Książka bywała nudnawa, ale była także ciekawa. Takie ot, dwie sprzeczności, które tylko z pozoru się wykluczają, bowiem tak naprawdę jedna książka może być i taka i taka - w zależności od fragmentów, o których mówimy.