Wśród marzeń

Próbuję uczyć się życia. Książki mi w tym pomagają.

Kochankowie i kłamcy - Sally Beauman
Odczytywała palcami rysy jego twarzy, ukochaną geografię oczu, nosa, podbródka, karku i włosów.
Kochankowie i kłamcy - Sally Beauman

Zaczęło się tajemniczo, a dzięki temu też ciekawie. Później było różnie, choć nadal praktycznie do końca wzbudzała ciekawość. Do zakończenia zaś wciąż mam mieszane uczucia.

 

Głównych bohaterów jest dwóch. Fotograf Pascal, którego polubiłam, choć ma w swoim życiu epizody, które niezbyt mi się podobało. Zaś dziennikarka Gini przez większość książki bywała przyjemna. Jednak moje serce skradł John - ambasador Stanów Zjednoczonych w Londynie. Jest charyzmatyczny, ale momentami wydawał mi się najprawdziwszy i uczciwy... chociaż później...

 

Choć Marianne w książka ma minimalną rolę, to polubiłam tą małą dziewczynkę... córkę Pascala. Wygląda na uroczą, słodką córeczkę. Z epizootycznych ról na wspomnienie zasługuje też pewna modelka. Zapada w pamięć dość mocno.

 

Z bardziej zauważalnych bohaterów, poza Johnem, polubiłam ogromnie Mary - macochę Gini. Mary jest taką zwykłą panią domu, z którym można poruszyć każdy temat. Nie miałabym obaw się jej zwierzać. W ogóle bym chciała mieć w swoim otoczeniu taką osobę jaką jest Mary.

 

Jeśli chodzi o fabułę, to ogólnie nie jest zła. Jednak historia trochę za bardzo się przeciągała, przez co momentami mogła nudzić. Lecz całościowo nie było źle. Główny wątek wypadł nieźle, chociaż osobiście wolałabym, by się inaczej skończył. Czasem zaskakiwał (do pewnego momentu). Później zrobił się lekko przewidywalny, choć i tu można było zaznać uczucia zaskoczenia. Przede wszystkim zaś był bardzo poplątany, pomieszany. Wplątane zostało w niego zbyt wiele osób moim skromnym zdaniem.

 

Jeśli chodzi o wątek miłosny. Cóż, był on do przewidzenia już od pierwszego spotkania Pascala z Gini. Ale szczerze uważam, że za mało było w nim namiętności, miłość, za dużo zaś wojenek. Para ta potrafiła świetnie współpracować, pasowali do siebie. Ale bardzo często jednym szybkim krokiem potrafili to zepsuć. Ich kłótnie były burzliwe, czasem zaś po prostu głupie.

 

Książka liczy około 800 stron. Dostajemy dzięki temu dość dokładny opis wydarzeń. Mamy wiele retrospekcji. Nie wszystkie z nich są dla fabuły ważne.

 

Muszę przyznać, iż jest to powieść z klimatem. Nieco tajemnicza, ze sporą dawką tajemnic, z różnymi aferami. Ale nie jest jak większość książek z politycznymi aferami w tle. Nie przypomina też zwykłego thrillera. Tutaj akcja się powoli rozkręca, nabiera smaka. Każda strona pozwala coś odkryć. Czasem upewnić się w swoich przekonaniach, czasem się cofnąć przy własnej zabawie w szukaniu winnego. Bo książka daje też w pewnym momencie zabawić się w detektywa. Nie odkrywa wszystkich kart, choć odkrywa ich wiele...

 

Przyznam, iż książka mnie zaciekawiła. Początek był najbardziej intrygujący. On sprawił, że książka wzbudziła we mnie ciekawość. Rzadko się mi zdarza, by już pierwsza strona zaintrygowała mnie. Później mogłam poznać dość dobrze bohaterów. Niektórych polubić, innych znielubić, a jeszcze innych uważać za szaleńców. W zakończeniu pokładałam wielkie nadzieje, które się nie spełniły. Niemniej jednak, jako thriller jest to niezła pozycja. Warto ją poznać, jeśli ma się czas na poznanie 800 stron zapisanych niezbyt wielką czcionką. :)

Gwiazda Babilonu - Barbara Wood, Maria Grabska-Ryńska
- Fiat lux - odczytała Candice. - Niech się stanie światło.
Gwiazda Babilonu - Barbara Wood, Maria Grabska-Ryńska

I ostatnia książka Barbary Wood, którą posiadam w swoich zbiorach. Raczej już będziemy się omijać, chyba, że przypadkiem (bo koleżanka będzie miała i pożyczy) sięgnę po jakąś inną. Kupować książek Barbary Wood nie zamierzam.

 

"Gwiazda Babilonu" to historia dwójki bohaterów, którzy muszą rozwiązać archeologiczną zagadkę. Powieść zaczyna się od wypadku pewnego profesora, który odkrył pewną tajemnicę. Przed swoją śmiercią poprosił, by Candice i Glenn dokończyli to, co on rozpoczął. Przez co dość często znajdują się w kłopotach.

 

Książka jest połączeniem kilku gatunków. Znajdziemy w niej wątek kryminalny, romantyczny, a nawet elementy książek historycznych. Są sekrety, tajemnicza organizacja i duża dawka archeologii.

 

Główni bohaterowie to Candice, która jest archeologiem mającym trudności w znalezieniu pracy i Glenn - policjant i syn zamordowanego profesora. Przy wspólnej pracy próbują odkryć mordercę (co nie było trudne i szybko wyszło na jaw, kim on jest) oraz dokończyć badania profesora. Wspólna praca i wspólne przeżycia sprawiają, iz szybko pojawia się wątek miłosny, który był do przewidzenia praktycznie od początku.

 

Ciekawą praktyką były [jakby to ująć] powroty do przeszłości. Mamy kilka rozdziałów opowiadających o zdarzeniach z przeszłości, które są poniekąd związane z fabułą. Chociaż jakby ich nie było, to dla głównego wątku i tak nie miałoby większego znaczenia.

 

Książka, jak pewnie wszystkie Barbary Wood, jest świetnym czytadłem. Powieść czyta się naprawdę szybko. W ogóle książka jest wciągająca, choć momentami nieco absurdalna.

 

Najciekawszą postacią był Philo. Poznajemy go powoli, razem z jego przeszłością. Dowiadujemy się o nim krok po kroku, coraz ciekawszych rzeczy. Widzimy, jak szalony ma umysł. Jego postać jest najlepiej napisaną postacią ze wszystkich. Ani Candice ani Glenna tak dobrze nie poznajemy. W sumie naszą parę widzimy jak parę superherosów, którzy sobie ze wszystkim poradzą. Philo natomiast jest człowiekiem interesu z mroczną, ale i jasną stroną.

 

Ciekawą kwestią jest prawa wiary, która też jest obecna w książce. Chodzi mi o tajemniczą Światłość. Wątki związane z Światłością budziły moje zainteresowanie. Ciekawiły mnie na pewien sposób.

 

Ogólnie książkę oceniam jako fajną lekturę przed snem. Nie jest wymagająca, szybko się ją czyta, szybko wciąga, a niektóre wątki można wybaczyć autorce ze względu na dobrą zabawę przy czytaniu. Polecam nie tylko fanom Barbary Wood:)

Wyznania agentki - Paulina Matysiak

Ta książka była dziwna. Do końca była dziwna. Zaczęła się dziwnie (coś ciekawie). Zakończyła się jeszcze dziwniej. Jest to najdziwniejsza książka, jaką przeczytałam w całym swoim krótkim życiu. I coś mi się nie wydaje, bym kiedyś trafiła na dziwniejszy twór...

 

Ale nie powiem, by mi się ją źle czytało. Potrafiłam się wciągnąć w fabułę, która ogólnie mi nie przypadła do gustu. Cały czas miałam nadzieję, że nagle nastąpi ciekawy zwrot akcji, coś, po czym będę mogła napisać, że książka była dziwaczna, ale i zaskakująca, a nawet na swój sposób ciekawa. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

 

Przyznam, że zaczęłam ją czytać jakiś czas temu, gdzieś pod koniec września. Później miałam małe życiowe problemy, przez które czytanie odeszło na chwilę na dalszy plan. Następnie po prostu sięgałam po inne pozycje, a tą mijałam. Nie celowo, jakiś wolałam wtedy papierowe wersje niż ebooki. Teraz zaś postanowiłam ją skończyć. Pamiętałam początek, więc na szczęście mogłam zacząć tam, gdzie przerwałam. I dokończyłam ją w ciągu jednego dnia.

 

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do książek szpiegowskich, ale też i do książek z pewnymi teoriami, które większość nazwałaby spiskowymi. Niektóre mi się podobały, inne mniej, o czym pisałam na blogu. O różnych ciekawych teoriach czytałam w książkach wydawnictwa Podziemne. Tylko tam były to teorie, w które byłam w stanie uwierzyć lub chociaż je przemyśleć. Zresztą, do tej pory nad niektórymi się zastanawiam, bo zabrzmiały bardzo prawdopodobnie.

 

W "Wyznaniach agentki" mamy mnóstwo teorii spiskowych, które dotyczą polityki pewnego kraju. Nie mówią tylko o dawnych czasach, ale i o współczesnych działaniach tego kraju. Teorie te są typowymi teoriami spiskowymi, które podane były za dużej dawce. Poza tym małym faktem niektóre z nich są na tyle znane, że po prostu nie chciałam ich już spotykać w książce, którą chciałam czytać dla przyjemności.

 

Książka jest prowadzona w formie dialogu Anastazji (tytułowej agentki) z psychiatrą, który stara się jej pomóc. Tak naprawdę przez całą fabułę próbujemy wraz z bohaterami odkryć, kim Anastazja jest. Nietypowa forma dodaje książce wartości. Bohaterka zaś czasem budziła moje zaciekawienie, lecz prawdę mówiąc, przez większość dialogów miałam jej dosyć. Ma dość odpychający jak dla mnie charakter.

 

Lektura ma też sceny erotyczne. Niektóre z nich są mocne. Zdecydowana większość budziła moje zażenowanie. Była w nich uległość. Był strach. Była pozycja pana i sługi. Choć akurat wątek miłosny na początku budził moje zaciekawienie. Gdyby był poprowadzony w inny sposób, zamiast niektórych scen pojawiłyby się inne, pewnie by mógł mi się spodobać. Lecz potem się zaczęły dziwaczne sceny, które miałam ochotę ominąć szeroki łukiem (czego jednak nie zrobiłam...).

 

Ogólnie książkę uważam za rozczarowanie tego roku. Sama ciekawa forma narracji nie wystarczyła, by książka mi się spodobała. Po prostu kompletnie nie trafiła w mój gust. Może gdyby Anastazja była nieco inna, inaczej też oceniłabym całość. Może...

Mroczna wieża 1 Roland - Praca zbiorowa, Stephen King
- Idź więc, są światy inne niż ten.
Mroczna wieża 1 Roland - Praca zbiorowa, Stephen King

Sięgnęłam po tę książkę ze względu na człowieka w czerni. Człowieka, którego spotkałam po raz pierwszy w książce "Pod kopułą". Lecz było mi go mało. Wiedziałam, że jest to postać tajemnicza, która posiada pewnego rodzaju moce. Za to nie wiedziałam, skąd pochodzi. Wciąż nie wiem, choć pewna jestem jednego... nie jest nikim dobrym.

 

Człowiek w czerni mnie fascynuje. Lecz to nie on jest głównym bohaterem tomu pierwszego "Mrocznej wieży".

 

Głównym bohaterem jest Roland. Rewolwerowiec przemierza świat spotykając różne postacie po drodze, by dogonić człowieka w czerni. Tylko on może pomóc Rolandowie dostać się do Mrocznej wieży. Miejsca, które posiada ogromną moc.

 

Roland jest ciekawym bohaterem, który obrał sobie pewien cel i z tego, co zauważyłam w tym tomie, jest w stanie zrobić wszystko, by cel ten osiągnąć. Ma w sobie upór. I odwagę. Ale nie zawsze upór i działanie za wszelką cenę jest dobre. Wydaje mi się, że czasem warto odpuścić. Choć to nie jest ten typ. Zastanawiam się, czy gdy już osiągnie swój cel, będzie zadowolony. Bo osiągnie, a przynajmniej zrobi wszystko, by zdobyć to, co chce.

 

Książkę przeczytałam szybko. Bardzo wciągnęłam się w fabułę. Prawdę mówiąc, nie potrafiłam się od niej oderwać, przez co książkę pochłonęłam w jeden dzień. Zresztą ją się świetnie czytało. Postać Rolanda budziła zaciekawienie nie mniejsze niż człowieka w czerni. Pojawiają się też postacie, które zostają w pamięci, choćby Jack - chłopiec, który znalazł się na pustyni, ale nie wiedział jak, kiedy. W ogóle Jack mało pamiętał, a to co pamiętał było dla Rolanda czasem dość dziwaczne.

 

Zastanawiam się, dokąd zmierza cykl "Mroczna wieża". Pewnie już wkrótce przeczytam tom drugi i trzeci. Następne zaś na pewno dokupię, bo już stałam się fanką. Historia mnie porwała.

 

Świat, w którym porusza się rewolwerowiec jest całkowicie inny od naszego i choć nie było powiedziane wprost, jest on jednym ze światów, w których można żyć (postać Jacka). Zawsze myślałam, że koncepcja światów równoległych w sobie coś ma. Podobają mi się te teorie, zawsze widziałam w tym jakąś magię. Dlatego pewnie to jeden powodów, dla którego polubiłam "Rolanda".

 

Ale bądźmy szczerzy... gdyby nie człowiek w czerni, nawet bym się nie zainteresowała tą pozycją. Ogromnie mnie ciekawi ta postać i chce jej więcej. Pragnę ją poznać o wiele lepiej. Ale równocześnie poznałam Rolanda, który wzbudził moją ciekawość.

 

Choć niewiele jeszcze przeczytałam książek Kinga, z pewnością mogę zauważyć, iż jest ona inna niż te, które poznałam. Napisana w innym stylu. Nieco tajemnicza, ale nie mroczna. Całkowicie inna, choć wzbudzająca moje zainteresowanie. Tutaj tak prawdę mówiąc niewiele wiadomo. Pierwszy tom to prawdę mówiąc gonitwa za człowiekiem w czerni. Dzięki niej można było poznać nieco głównego bohatera, ale również poczuć niedosyt.

 

"Roland" nieźle rozpoczął cykl "Mrocznej wieży". Zachęcił mnie mocno do poznania następnych tomów. Sprawił, że zatraciłam się w czasie. W sumie to nieco dziwne, że książka, w której bohaterowie mają problem z czasem, sama spowodowała zagubienie kilku godzin. Bo ja naprawdę czułam, że przy lekturze minęła krótka chwila, a nie pół dnia. Zadziwiające.

 

Książkę polecam. To fantastyka na dobrym poziomie, choć wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu.

Ulica rajskich dziewic - Barbara Wood
Książki są cudowne, bo po każdym przewróceniu strony napotyka się coś nowego, coś czego się jeszcze nie znało
Ulica rajskich dziewic - Barbara Wood

Dawniej moja mama często sięgała po książki opowiadające o życiu kobiet w krajach muzułmańskich. Większość pożyczała z biblioteki lub od znajomych. Niektóre kupiła, tak jak tą.

 

Ja wolałam kryminały, fantastykę. Jednak czasem z ciekawości czytałam te, które mama przyniosła do domu. Przeważnie książki te mnie smuciły, gdyż historie kobiet w nich zawarte były przerażające, smutne.

 

Długo zaś nie sięgałam po "Ulice rajskich dziewic". Była ona w domu, mogłam w każdej chwili ją przeczytać, więc odkładałam ją na dalsze miejsce. Jednak ostatnio coraz częściej myślałam, by jednak przeczytać tą historię. Może mnie czymś zaskoczy?

 

I zaskoczyła. Przede wszystkim barwnością historii. "Ulica rajskich dziewic" zdecydowanie jest książką wartą uwagi. Ze względu na bohaterów, historie,bo tu nie ma jednej historii, jest ich wiele wplątanych w jedną rodzinę.

 

"Ulica rajskich dziewic" opowiada o rodzinie Raszidów, którym nie brakowało pieniędzy. Lecz pieniądze nie zawsze dają szczęście. Początkowo myślałam, że główną bohaterką będzie Yasmina, później zaś pewna byłam, ze jest ją Amira. Teraz, już po lekturze, pewna jestem, iż one obie są najważniejszymi bohaterkami powieści.

 

Zauważyłam, że w tej historii jest jeden prawdziwie czarny charakter. Reszta zaś nie jest ani całkiem zła, ani dobra. Każdy z rodziny Raszidów ma swoją historie, która miała wpływ na dalsze decyzje. Każdy z rodziny Raszidów popełnia błędy. To chyba jest najwspanialsze w tej powieści. Choć widać, że kobiety mają w tym świecie ciężkie życie, to równocześnie widać, że potrafią się też cieszyć i działać.

 

Dla mnie książka ta była powieścią obyczajową, opowiadającą o (nie)zwykłym życiu rodziny. To, co dla nas wydaje się niepojęte, dla nich jest normalne. Była to historia o codzienności w arabskim świecie. Nieco niezwykłej codzienności, bo rodzina Raszidów była w bliskim kontakcie z królem... i mieszkała w Kairze...

 

Przyznam, iż historia sprawiła, iż nieco zaczęłam się zastanawiać nad swoim życie. Uważam to za plus książki. Poza tym bohaterowie polubiłam bohaterów. Być może dlatego, że każdy nie był przedstawiony jednowymiarowo. Każdy z bohaterów był po prostu ludzki. Jakbym czytała historię o ludziach, których mogę poznać. Jakbym czuła przy czytaniu, że są rzeczywiści. Poza tym mogłam ich poznać bardzo dobrze i zrozumieć niektóre działania.

 

Książka wciągnęła mnie bardzo. Przyznam, iż ciężko było mi się od niej oderwać, bo zaciekawiło mnie życie Raszidów. Ogromnie byłam ciekawa jak historia się zakończy. I bardzo mnie ucieszyło, że na pewien sposób miała swój happy end.

 

Żałuję, że wcześniej nie trafiłam na tak przyjemną lekturę o życiu, które wydaje się straszne. Ta książka pozwala nieco zrozumieć tamten świat, kobiety, mężczyzn w nim żyjących. Pozwala zobaczyć, że takie życie może cieszyć. Choć nadal nie jest zbyt sprawiedliwe.

 

Na koniec wspomnę jeszcze, że byłam pewna, iż to jest książka obyczajowa, literatura piękna. Lecz przy pisaniu tej recenzji zauważyłam, że to jest biografia, że naprawdę żyła rodzina Raszidów na przestrzeni lat 1945 - 1988. Lat wielkich zmian. O, to też jest walor książki. Poznając historię rodziny Raszidów, stajemy się obserwatorami zmian, jakie zachodzą w Egipcie. Wielkich zmian.

 

Kochanek z zaświatów - Barbara Wood

To moja pierwsza książka pani Barbary Wood, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Po opisie i gatunku myślałam, że będzie to jakiś romans, książka obyczajowa. Dostałam zaś coś nieco związanego z fantastyką. Nieco...

 

Główną bohaterką jest Andrea, która przyjeżdża do rodowego domu, by być przy umierającym dziadku. Okazuje się, że dom ten skrywa w sobie wielkie tajemnice.

 

Książką się świetnie czytało. Szybko, fabuła mnie wciągnęła. Historia była niezła. Jednak...

 

bohaterowie byli nijacy. Zaczynając od głównej bohaterki: Andrea według opisu jest trzeźwo myśląca, chłodna, pragmatyczna. Natomiast ja poznałam Andrea, która szybko zaczyna wierzyć w to, co ją spotyka. Nie próbuje tego nawet racjonalnie wyjaśnić. Od razu przyjmuje do wiadomości, że przenosi się na pewien sposób w czasie. Poza tym bohaterka jest nijaka.

 

Andrea zamieszkuje u babci. O niej to już nic nie można powiedzieć. Albo leży w łóżku, albo gotuje. Brak jakiś fajnych, ciekawych dialogów między bohaterkami, budowania relacji. Dziwnie by mi się mieszkało u osoby, której nie znam i przez cały pobyt jej nawet nie poznaje.

 

Fabuła rozgrywa się w przeszłości i teraźniejszości. Teraźniejszość jest nijaka. Autorka nawet nie stara się zbudować fajnych, ciekawych relacji między bohaterami. Woli skupiać się na przeszłości, która wypada lepiej, choć ma swoje wady.

 

Jakoś nie spodobało mi się, że nasza Andra poza obserwowaniem przeszłości nagle potrafiła też odczytywać myśli bohaterów z przeszłości. Zawsze podczas pobytu w przeszłości stawała się nagle wszechwiedzącym narratorem. Przyznam, iż choć dzięki temu mogłam lepiej poznać dawnych bohaterów, to ogólnie nie przypadło mi do gustu. Wolę, gdy bohaterka, która jest równocześnie narratorem, nie zna myśli innych. Nawet jeśli ta bohaterka podróżuje w czasie.

 

Historia rodu, która się wydarzyła była ciekawa. Nie powiem, ona mnie trzymała przy tej lekturze. Pewne jej elementy nawet mnie zaskoczyły, aczkolwiek większość była przewidywalna. Myślę, że spodobałby mi się film na podstawie tej książki, gdyby pozmieniał kilka elementów.

 

Rozumiem, że najważniejsza w książka była przeszłość, która potrafiła przykuć uwagę. Ale w pewnym momencie można było zauważyć schemat działania bohaterki: jedzenie z babcią --> dziadek --> przeszłość --> babcia --> dziadek --> przeszłość. Może ze dwa razy bohaterka zrobiła coś poza ciągłym powtarzaniem tych samych zajęć. Jeszcze rozumiałabym, gdyby bohaterka z babcią rozmawiała o czymś, co by też pociągnęło fabułę do przodu, gdyby poznawała jej życie. Ale nie, babcia nic ciekawego nie miała, bo liczyła się przeszłość.

 

Choć ogólnie podobało mi się rozwiązanie spraw z przeszłości, to jednak liczyłam na poznanie prawdy przez wszystkich. Raczej jak się duchy komuś pokazują, to w określonym celu. A tutaj nie potrafiłam odnaleźć tego celu. Bo co bohaterce z tego, że poznała prawdziwy sekret rodziny jak tak prawdę mówiąc to nic z nim nie zrobiła?

 

Zatem książka jest niezła, takie 6/10, ale mogłaby być dużo lepsza. Choćby, gdyby bohaterka była ciekawsza, albo życie teraźniejsze też było ważne dla fabuły. I jakby przeszłość okazała się nieco straszniejsza (czasem fajnie jest się bać).

 

Natomiast jestem pewna, że sięgnę jeszcze po jakąś książkę Barbary Wood. Z ciekawości, bo bardzo mnie ciekawi jakie są inne książki tej pani. Może będą ciekawsze?

 

Ku zdrowej przyszłości - Hedi Masafret

Książkę tą pożyczyła mi ciocia, gdy wypłynął temat zimnych stóp. Cóż, marznę stopy i są one najzimniejsze. Ona stwierdziła, że potrzebny jest masaż i więcej dowiem się z tej książki. Ani słowem nie wspomniała, co poza wychwalaniem masażu stóp w niej znajdę. A znalazłam dużo nieprawdopodobnych przykładów.

 

Nie jest tak, że nie wierzę w medycynę naturalną i święte jest dla mnie to, co powie doktor. Ale trudno mi uwierzyć w słowa, które mówią, że dana rzecz wyleczy nawet raka. Uważam, że dieta, dobre odżywianie, sport dają dużo. Wiem, że niektóre zioła działają cuda. I wiem, że masaż też może pomóc na wiele dolegliwości. Ale...

 

Autorka w książce twierdzi, że masaż stóp może uleczyć ciało. Zgadzam się z nią, gdy mówi, że powinno się leczyć organizm jako całość, a nie, że serce to jedno, a głowa drugie. Każdy organ w naszym organizmie jest ze sobą powiązany. Tylko, że nie do końca działa to tak jak autorka twierdzi. Choć fajnie by było, gdyby za pomocą masażu wyleczyć wszystko.

 

Książka mówi, że w stopach są receptory, czyli unerwione punkty pozostające w związku z odpowiednią częścią ciała ludzkiego. Masując odpowiednie receptory wpływamy na lepszą pracę danego organu. Masować zaś należy stopy codziennie rozpoczynając masaż od receptorów nerek, moczowodu i pęcherza.

 

Zaś później autorka skupia się na poszczególnych częściach ciała zaczynając od nerek. Przy każdej części jest przykład lub przykłady. Przykłady dotyczącą konkretnych chorób, które pani Hedi wyleczyła za pomocą masażu. I tak na przykład dowiedziałam się, że można za pomocą masażu receptorów wyleczyć paradontozę. Udało się to pewnemu panu, który służył w wojsku i zła dieta przyczyniła się do powstania paradontozy.

 

Pojawia się też przykład 20-letniej pielęgniarki, która odczuwała ciągłe zmęczenie. Autorka pisze o masażach, ale też pokazała dietę tej pielęgniarki, która była bardzo zła. Hedi twierdzi, że pielęgniarce pomogły masaże z zmianą diety. Mi się zaś wydaje, że w tym przypadku sama zmiana diety by wystarczyła.

 

Pojawiają się przykłady leczenia dzieci, choćby dziewczynki chorej na serce, której też pomogły masaże stóp. Tutaj się przyznam, iż podoba mi się podejście siostry Hedi, która nie każe rezygnować z wizyt u lekarza czy podawania leków (choć był przypadek chorego na raka młodego, 17-letniego chłopca, któremu zaleciła rezygnację z leczenia na rzecz masażu - tak, masaż go uzdrowił)

 

Autorka skupia się na masażu, ale praktycznie przy każdym przykładzie mówi, że pacjent zmienił też odżywianie. Zresztą sama na końcu książki mówi też o odżywianiu, a tam radzi całkowicie zrezygnować z surowych owoców, co całkowicie nie przypadło mi do gustu, bo lubię owoce i uważam je za zdrowe. Natomiast przy coca coli zaleca być ostrożnym...

 

Ogólnie uważam, że książka nie jest całkowicie zła. Masaż stóp może przynieść nam korzyści. Zapewne nie tak wielkie i cudowne, o których mówi autorka, ale jednak korzyści będą. Wydaje mi się, że w niektórzy przykładach dużo dała ludziom odrobina nadziei, ale też i zmiana diety. Sposób odżywiania ma duży wpływ na samopoczucie i zdrowie człowieka.

 

Na pewno plusem książki jest fakt, że autorka poleca masaże, mówi o receptorach, ale nie mówi: "nie lecz się u lekarza". Raczej poleca korzystanie z masażu obok porady lekarskiej. Jeśli zaś komuś nic nie pomaga, a usłyszał o takim sposobie, to czemu by nie miał go spróbować? Zawsze dodatkowa iskierka nadziei, wiary może być pomocna.

 

Zatem, choć nie uważam, by masaże stóp były aż tak pomocne, jak autorka twierdzi, to równocześnie nie mówię, by były one szkodliwe. Nie są szkodliwe. Ale nie są też cudotwórcze...

Nie czas na zapomnienie - Agnieszka Walczak-Chojecka
Przyjaźń, która zmieniła się w chęć zemsty, miłość przemieniona w nienawiść… Czy istnieje bardziej niszczycielska siła?
Robinson w Bolechowie - Maciej Plaza
(...) unurzyłem się w brzęku trzmieli, ciachanym od strony budynków na równe kawałki przez postukiwanie dłuta.
Ogrod malych krokow - Abbi Waxman
Czasami dobrze wyrwać coś z korzeniami i wyrzucić za siebie. To oczyszcza umysł.
Ogrod malych krokow - Abbi Waxman
Czasami dobrze wyrwać coś z korzeniami i wyrzucić za siebie. To oczyszcza umysł.
Legenda - Amanda Quick
Świat jest prostszy i bezpieczniejszy dla tych, którzy nie zadają zbyt wielu pytań.