Pasterska korona - Pratchett Terry

Świat Dysku miałam okazję już poznać w książce "Niuch", która ogromnie przypadła mi do gustu. Obiecałam sobie wtedy, że nadrobię wszystkie książki z tego cyklu. Jednak prawdę mówiąc, jeszcze tego nie zrobiłam. Bowiem za dużo mam książek, które leżą na biurku i czekają na swoją kolej, by dołożyć do nich jeszcze 40 innych książek. Jednak wśród tych książek na biurku znalazła się "Pasterska korona", którą zabrałam do szpitala i tam też ją przeczytałam (czyli była przeczytana 20 listopada jak patrzę na kalendarz [nie, to nie jest dziwne, notowanie sobie przeczytanych książek w kalendarzu, chyba]).

 

Wzięłam ją i jeszcze dwie inne książki do szpitala, bo nie była zbyt gruba, a co za tym idzie za ciężka. Pochwalę się jeszcze, że 20 listopada przeczytałam inną książkę, która była jeszcze chudsza. Ale o niej będzie innym razem.

 

Świat Dysku jest niezwykłym światem i kto do niego się dostanie, ten zapragnie tam się zatracić. Tak się czułam po "Niuchu". Chciałam... pragnęłam więcej. Przy "Pasterskiej koronie" towarzyszył mi troszkę inny klimat. Nadal po przeczytaniu chciałam więcej. I teraz tym bardziej jestem pewna, że muszę przeczytać wcześniejsze tomy z cyklu. Jednak przy lekturze "Pasterskiej korony" towarzyszyła mi również pewna nostalgia, smutek. Choć w książce nie brakowało elementów humorystycznych.

 

Terry Pratchett ma dar do pisania. Potrafił stworzyć świat, który różnił się od naszego, a równocześnie przedstawiał go w krzywym zwierciadle. 

 

"Pasterska korona" opowiada o Tiffany Obolałej, która jest czarownicą, a przez to musi dbać o innych oraz stać na straży dobra i zła, światłem a ciemnością. Przyjdzie jej walczyć o swoją ojczyznę. 

 

W powieści nie brakuje wątków humorystycznych. Choć wiedząc, że jest to ostatni tom "Świata Dysku" oraz już nigdy nie powstanie następna książka, bo autor umarł, czyta się ją całkiem inaczej. Przynajmniej ja jak ją czytałam, to było mi smutno, bo skończyła się pewna epoka, pewien świat, który miałam przyjemność poznać, w którym mogłabym chwilę pobyć. Choć ja mam to szczęście, że mogę jeszcze chwilę się zatracić w "Świecie Dysku", poznać tomy, które są mi całkiem nie znane.

 

Ogromnie podobał mi się wątek Tiffany, jej prób pogodzenia ze sobą pracy na dwóch gospodarstwach, pragnienie, by wszystkim dogodzić, zrozumienie, że czasem tak się nie da. Strasznie ją polubiłam. I jestem szczęśliwa, że ta bohaterka pojawiała się już wcześnie, bo wiem, że do niej jeszcze kiedyś wrócę.

 

Ale na końcu poczułam smutek, bo wiele wątków pozostało otwartych. I choć mogę je sobie w wyobraźni dowolnie zamknąć, to jednak ciekawiłoby mnie jak autor zakończyłby wiele historii, które warto poznać.

 

Książkę się czyta bardzo szybko. Na pewno jest to spowodowane tym, iż stron nie ma za dużo (240), ale również język jest przyjemny dla czytania. Przy lekturze też nie można się nudzić. Wraz z bohaterami możemy przeżyć niesamowitą przygodę. Wraz z bohaterami możemy poczuć szczęście, smutek, złość, nienawiść, dobro, chęć zmiany. 

 

Pełna humoru, dowcipu, bezpośredniości, magii i niezwykłości. Ostatnia książka T. Prachett łącząca śmierć i życie, dobro i zło. Inna niż wszystkie, a jednak podobna do innych. Pożegnalna, ale też witająca tych czytelników, którzy z Światem Dysku nie miała do czynienia. Pełna sprzeczności, lecz mogąca wszystko pogodzić. Niezwykła. I warta poznania. Przez każdego.