Przepisy na milosc i zbrodnie - Sally Andrew

Pierwszy plus, którego nie spodziewałam się w książce to przepisy na jej końcu. Są to przepisy na wszystkie... prawie wszystkie dania, o których wspomina główna bohaterka. Na samo ich wspomnienie leci mi ślinka (mniam).

 

Sięgając po tą pozycję, byłam przygotowana na książkę obyczajową, w której główna bohaterka ma ciężkie życie, gdyż znęca się nad nią mąż.

 

Zasugerowałam się trochę opisem, nie sprawdzałam gatunku, nie czytałam opinii na jej temat. I dzięki temu podczas lektury poczułam zaskoczenie. Bowiem główna bohaterka... owszem była żoną, nad którą mąż się znęcał - jednak mąż już dawno zmarł. A Tannie Maria ma teraz dość szczęśliwe życie, mając swoją rubrykę kulinarną (a bardziej to z poradami i przepisami) w gazecie. I ma przyjaciół, których może częstować swoimi daniami.

 

Wątek kryminalny, w który wplątała się Tannie Maria jest... przynajmniej dla mnie był tłem, który miał dodać trochę akcji powieści. Bowiem autorka bardziej skupia się na życie Marii, jej uczuciach i potrzebach. Jednak równocześnie trzeba przyznać, iż wątek zabójstwa i śledztwa jest prowadzony w sposób spójny. Nie nudzi on, dodaje raczej smaku całej powieści.

 

Dużym plusem jest fakt, iż sami możemy zabawić się w poszukiwacza mordercy. Bowiem autorka podaje różne wskazówki, które nas samych mogą naprowadzić na właściwy lub też niewłaściwy tor. Szczerze powiem, iż ja byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się kim był ten zły. Jednak po dłuższym zastanowieniu, to rozwiązanie miało sens i pasowało do wskazówek, które były dane wcześniej.

 

Polubiłam ogromnie główną bohaterkę. Tannie Maria jest taką... nie wiem jak ją określić. Dla mnie byłaby wymarzoną ciocią, która zawsze poczęstuje zrobionym przez siebie, niesamowitym plackiem... a może bardziej babcią, tyle, że dość młodą. Miła, dbająca o wszystkich, świetnie gotująca i pragnąca miłości. Pokochałam ją całym sercem.

 

Nie przeszkadzały mi słówka, których nie rozumiałam, a które autorka dodała, by czytelnik mógł bardziej wczuć się w afrykański klimat. Właśnie ja się czułam jakbym znalazła się w Karru. Zresztą, na końcu książki jest słowniczek, który wyjaśnia wszystkie nieznane słówka. 

 

Klimat powieści był swojski. Przez cały czas czułam się jakbym była wśród przyjaciół. Ogromnie podobało mi się to jacy wszyscy dla siebie byli. I określenia na inne osoby. Fakt, że do osoby obcej można się zwrócić per Tannie, co oznacza ciociu, czy Oom, które znaczy wujek. Zadziwiające, że niektórych krajach funkcjonują takie zwroty grzecznościowe. A nie "pan", "pani". Coś pięknego, co na pewno sobie zapamiętam, bo fakt używania tych zwrotów ogromnie mi się spodobał.

 

Nie brakowało w powieści również wątków humorystycznych. I było kilka smutnych scen. Zresztą ta powieść to taka trochę opowieść o zwykłym, szarym życiu tannie Marii, która trochę przez swoją rubrykę wpakowuje się w kłopoty. Książka obyczajowa, która przez 3 listy staje się książką kryminalną, w której nie brakuje wątków podnoszących na duchu, poprawiających nastrój, ale i pozwalających na poważne przemyślenia, refleksje i na chwile smutku. 

 

Książka ta na pewno pozostanie w mojej pamięci. Bowiem, choć zbrodnia i miłość grają tu pierwsze skrzypce, to jednak opowiada o dość ważnym problemie jakim jest znęcanie się nad żoną. Dodatkowo mówi jak ważna jest miłość w naszym życiu, jak możemy czuć się samotni odczuwając to dopiero wtedy, gdy poznamy kogoś ważnego dla nas. I najważniejsze: jak ważni są w naszym życiu przyjaciele.

 

Przeczytałam również wszystkie dane przepisy na ostatnich stronach i już wyhaczyłam kilka przepisów, które zaraz po Nowym Roku wypróbuje. :)