Bez winy - Mia Sheridan

UWIELBIAM. UWIELBIAM. UWIELBIAM. 

 

Zdecydowanie uwielbiam tą książkę. Pokochałam ją. Bohaterów, fabułę, humor, ale też smutek, który się czasem wręcz wylewał z bohaterów. Pokochałam wszystko, każdą stronę, każdy wątek. Zdecydowanie będzie to mój ulubieniec książkowy... Już jest moim ulubieńcem...

 

"Bez winy" jest pierwszą książką w tym roku, która wzbudziła we mnie tak wiele emocji. Prawdziwych emocji.

 

Śmiałam się. Szczerze się śmiałam z niektórych pomysłów Kiry. Śmiałam się przy niektórych kłótniach. Śmiałam się, gdy była zabawnie i potrafiłam się potrzymać od uśmiechu na twarzy. Ostatnio tak się śmiałam przy dobrej komedii. Ale "Bez winy" nie jest tylko komedią, zabawnym romansem. Skrywa ona więcej, o wiele więcej emocji, które udzielają się też czytelnikowi. 

 

Płakałam. Przy niektórych opisach łzy wręcz napływały do oczu. Nie sposób było nie płakać przy opowieściach Graysona. Przy wspominaniach Kiry. Przy wątkach, które były bardzo, ale to bardzo smutne. 

 

Poczułam nadzieję, gdy bohaterowie wychodzi na prostą. Gdy coś się udawało. Czułam ją, gdy widziałam, że nawet po koszmarnych wspomnieniach można coś osiągnąć, gdy tylko ma się cel... albo radość z życia.

 

Kibicowałam. Od początku kibicowałam Kirze i Gray'owi. Ich niecodziennemu związkowi. Od początku widać między nimi chemię. Smok i Wiedźma - czy to się może nie udać?

 

Książka jest przewidywalna. Nie powiem, że nie jest, bo nie lubię kłamać oraz nie uważam, by przewidywalność była wielką wadą książki. Nie zawsze oczekuję jakiegoś wielkiego zakończenia na końcu. W przypadku "Bez winy" od początku nastawiłam się na lekką książkę, przy której dobrze spędzę czas. I tak było... no, co prawda czas spędziłam znacznie lepiej niż się spodziewałam, więc jakie ma znaczenie to, czy powieść była przewidywalna? Dla mnie nie ma żadnego.

 

"Bez winy" jest moim pierwszym spotkaniem z Mią Sheridan. Czego ogromnie żałuję. Bowiem o miłości pisze pięknie. Nie wiem, czy nawet nie jest lepsza od mojego ukochanego Sparksa. ;) Teraz wręcz muszę nadrobić jej innego powieści. Czuję, że mogą być tak wspaniałe jak "Bez winy".

 

Główni bohaterowie: Kira i Grayson spotykają się trudnym dla ich obojga czasie. Kira proponuje mu układ, z którego oboje mogą skorzystać. Od tego zaczyna się fabuła. 

 

Oboje są wybuchowi, czasem wręcz zachowują się jak dzieci. Jednak Kira jest otwarta na świat, wesoła, chętnie pomagająca innym. Grayson zaś zamknięty w sobie, otoczony murem, który wokół siebie zbudował, by go nie zranić. 

 

Nie brakuje również barwnych postaci drugoplanowych. Pokochałam Charlotte - kobietę, która była niczym matka dla Graysona. Niezwykle ciepła osoba, której przede wszystkim zależy na Gray'u. Zrobiłaby wszystko, by nie spotkała go krzywda. Walter - mąż Charlotte. Na początku wydawał się dość sztywny. Jednak również widać było jego miłość i oddanie dla Gray'a. Niesamowita para, którą nie da się pokochać. 

 

Lubię, gdy bohaterowie przechodzą przemianę. Tutaj też ona występuje. Jednak równocześnie ilość wątków, w których poznajemy nowe postacie, ich motywy oraz wpływy na głównych bohaterów sprawiają, iż czytelnik nie może się nudzić. Coś się cały czas dzieje. 

 

Nie brakuje również tajemnic skrywanych przez lata, ukrytych, które muszą zostać odkryte, by móc pójść dalej. By móc się z nimi pogodzić, czy też zrozumieć innych. 

 

Uważam, iż książka jest wspaniała. Dostarcza wiele radości czytelnikowi, ale też dużo smutku. I refleksji. Może dodać niektórym nadziei, a już na pewno umili czas. Czyta się ją bardzo szybko i po lekturze pozostawia ciepło. Gorącą ją polecam. :)