Zmierzch (Zmierzch, #1) - Stephenie Meyer

Dawno temu (może nie tak dawno?) oglądałam film pod tytułem "Zmierzch", który nie urzekł mnie tak, bym chciała przeczytać książkę. Szczerze... to w ogóle mnie nie urzekł. Ot, nijaki film, który leci w tle innych zajęć...

 

Od tamtej pory minęło trochę czasu, a ja wygrałam "Życie i Śmierć" Stephenie Meyer, który jest "Zmierzchem" opowiedzianym na nowo (według okładki). Ale z drugiej strony książki był "Zmierzch". Pomyślałam wówczas, że by lepiej ocenić "Życie i śmierć", najpierw przeczytam "Zmierzch". Być może to był błąd, o czym powiem, pisząc o "Życiu i śmierci". Nie mniej jednak teraz mogę śmiało zacząć pisać swoją krótką opinię o "Zmierzchu".

 

Choć szczerze mi się nie podobał, to jednak dobrze mi się go czytało (plus). Naprawdę pod względem czytadła dla nastolatków, jest to dość dobra pozycja. Owszem... język momentami jest po prostu zły. Jednak pomimo tego brnęłam dalej. Chciałam brnąć dalej. 

 

Bohaterowie. 

Muszę przyznać, iż filmowa Bella jest bardziej "drewniana" niż książkowa. Choć irytująca jest tak samo. 

 

Bella to tak dziewczyna, która nie potrafi chodzić, ciągle wpakowuje się w kłopoty i zakochuje się w wampirze. Tak w skrócie. 

 

Edward też jest irytujący, więc pod tym względem do siebie pasują. Najbardziej mnie w nim irytowało to, że "musisz się mnie bać, Bello...", "jestem straszny, Bello", "jestem potworem, Bello", "nie powinniśmy się spotykać, Bello." Zatem skoro jest taki straszny i nie powinni się spotykać, to nie powinien robić coś w tym kierunku? Nie wiem... unikać jej, udawać, że nie istnieje. Cokolwiek, co by znaczyło, że naprawdę uważa się za niebezpiecznego i nie chce stawiać Belli w nieciekawych sytuacjach? Poza tym świeci w słońcu - to mnie będzie chyba zawsze, zawsze, zawsze najbardziej irytowało. Wampiry świecące w słońcu (brrr). To już wolę ewolucję, w której układ wampirów "polubił" słońce, że się tak wyrażę. 

 

Miłosna historia tej dwójki byłaby jedną z wielu, w których popularny czy też najpiękniejszy chłopak zakochuje się w zwykłej dziewczynie, gdyby nie fakt, że jest wampirem. To dodaje smaczku i chyba to sprawiło, że książka odniosła sukces.

 

Ostatnio widzimy, że potwory z przeszłości są wybielane. Nie budzą już strachu, grozy, bo choć powinny być straszne, są tak naprawdę zwykłymi ludźmi z extra mocami. Trochę to smutne, że one znikają z naszego życia, a raczej ewoluują do łagodniejszej i piękniejszej formy. Taka luźna refleksja. 

 

Wydaje mi się, że jestem dość otwartą osobą na pomysły nt. wampiryzmu. Wiele potrafię zaakceptować (poza świeceniem w słońcu). Zawsze też cenię, gdy wampir przechodzi na dietę, w której nie musi polować na ludzi. Niemniej jednak wampiry z powieści mnie od siebie odpychały. 

 

Za to muszę przyznać, iż wątek z wilkołakiem (Jacobem) przypadł mi do gustu. Z tego, co pamiętam, w filmie od razu zrobili z tego trójkąt. Zaś w książce relacja Bella - Jacob mi się podobała, bo byli tylko przyjaciółmi. Być może po prostu przejadły mi się wszelkie trójkąty w książkach i filmach dla młodzieży, więc dlatego ta relacja tak bardzo mi się spodobała. Aż ciekawa jestem jak to się dalej potoczyło.

 

Nie podobały mi się relacje Belli z rodzicami. Pretensje, że do ojca musi zwracać się "tato" zamiast "Charlie". Serio, to takie dziwne, że do tatą, z którym utrzymywała kontakt wcześniej nie powinna zwracać się po imieniu?

 

Z mamą też wydaje mi się, że Bella miała dziwne relacje. Znaczy to całe twierdzenie, że ona musi się opiekować zdrową matką, która jest po prostu nadopiekuńcza...

 

Ale ogólnie muszę przyznać, iż jako czytadło, książka się doskonale sprawdza. Mamy romans, miłość. Mamy trochę niebezpieczeństwa. Zakończenie nawet nawet. No cóż... przyjemnie to się czytało (o dziwo). A muszę przyznać, iż bałam się "Zmierzchu". Niepotrzebnie, bo czytałam w swoim życiu o wiele gorsze książki.