Na szczycie - K.N. Haner

Muszę się przyznać, iż nie czytam powieści erotycznych. "Na szczycie" jest moją drugą, przeczytaną książką z tego gatunku. I, o ile poprzednia pozytywnie mnie zaskoczyła, tak ta pozostawiła mnie w poczuciu zagubienia, bo naprawdę nie mam pojęcia, co mam sądzić o tej książce.

 

Zaczęło się nieźle. Prosty język, nawet wciągająca fabuła. Bohaterowie, którzy mają potencjał. Lecz później zaczęło się robić dziwnie...

 

Niektóre wątki były śmieszne. Po prostu śmieszne, choć chyba miały być tragiczne, bądź choć trochę smutne. Choć jej większą wadą jest nuda, która spowodowana jest ciągłymi powtórkami, czyli powtarzaniem różnych wątków.

 

Główną bohaterką powieści jest Rebeka. Dziewczyna, która przyjechała do LA z małego miasteczka i miała wielkie marzenia. Mieszka ona z najlepszym przyjacielem. Pewnego dnia na swojej drodze spotyka człowieka, który może odmienić jej życie. Od tego momentu życie Rebeki zmienia się całkowicie. 

 

Książka jest zdecydowanie za długa. W pewnym momencie miałam jej po prostu dosyć. Kilkakrotnie miałam ochotę ją porzucić na rzecz innych lektur. Szczególnie, gdy zaczęła mnie irytować Rebeka.

 

Przyznam, iż spodziewam się jakiejś wiedzy po dziewczynie, która pracuje w nocnym klubie go-go jako striptizerka. Lecz nie... Nasza Rebeka wydaje się dziewczyną, która jest niewinna, dopiero poznaje erotyczny świat. Ale jej naiwność nie jest słodka, lecz właśnie irytująca. Ilość wypadków, która spotyka Rebekę również nie sprawia, iż się przekonuję do tej bohaterki. Ba, nawet nie jest mi jej szkoda. W pewnym momencie nawet ciekawiło mnie tylko, co autorka wymyśliła dla swej głównej bohaterki.

 

Nie widziałam też "chemii" między Reb a Sedem. Oni się niby kochali, a ja tego nie czułam. Nie tak jak w przypadku innych powieści, w których czuję miłość od chwili się jej pojawienia. W ogóle miałam problem z relacjami bohaterów. 

 

Sed też mnie irytował. Taki "pan idealny", któremu daleko było do idealności. Jego definicja zdrady budzi mój pusty śmiech. Zaś jego wybuchy złości sprawiłyby, że już dawno uciekłabym od takiego faceta.

 

Strasznie denerwowała mnie ocena chłopaków z zespołu byłej dziewczyny Seda. Porównania Reb i Kary również nie były przyjemne. Ale to pewnie dlatego, bo nigdy nie wierzę, iż tylko jedna strona była największym złem. Szczególnie, gdy opinie o tej złej znamy ze strony osób, które też nie do końca zachowują się fair. 

 

Zakończenie też nie przypadło mi do gustu. Chyba to miał być happy end. Przewidywalny, aczkolwiek dla mnie Reb powinna otrzymać inny koniec swej historii. 

 

Podsumowując: 

Dla mnie ta pozycja okazała się męcząca. Momentami nudziłam się, przeważnie, gdy wiedziałam, co się za chwile wydarzy, bo prawie to samo wydarzyło się już wcześniej. Niektóre wątki budziły mój śmiech. Przy niektórych zastanawiałam się, dlaczego to jeszcze czyta. A przy zakończeniu się rozczarowałam, choć na nie naprawdę liczyłam. 

 

Jednak muszę przyznać, iż książka ta nie jest też tragiczna. Ma też swoje mocne strony. Czasem sprawia, że się śmiejesz razem z bohaterami (wtedy, gdy powinieneś), czasem też naprawdę wciąga i sprawia, że się zapomina o rzeczywistości. Dlatego też mam problem z tą książką, gdyż są fragmenty, które sprawiają, iż myślę o niej samymi negatywami, ale są również fragmenty, które czytało mi się naprawdę przyjemnie i widziałam w nich potencjał na naprawdę dobrą książkę.