Ivanhoe - Walter Scott

Średniowieczny klimat. Bohaterowie zapadający w pamięć. Fabuła, która wciąga. Czy trzeba czegoś więcej, by się dobrze bawić przy lekturze?

 

Ok, na początek muszę to przyznać. Książka była przewidywalna. O pojawieniu się Ivanhoe wiedziałam wcześniej niż inni bohaterowie. I do tej pory nie mogę pojąć, jak inni się nie domyślili, że Ivanhoe jest wśród nich. Podobna rzecz ma się do Czarnego Rycerza, czy pełnego tajemniczego łucznika.

 

 Wilfryd Ivanhoe - tytułowy bohater to osoba idealna, do której ma się wysokie oczekiwania. Opisywana jest jako ktoś wspaniały, szlachetny, wręcz ideał. Jest dobry nawet w stosunku do osób, które należą do niewiernych, co jest trochę dziwne, trochę piękne i wspaniałe. 

 

Ivanhoe to rycerz idealny, a ja lubię takich ideałów. Dlatego też polubiłam go. Jednak to nie ta postać sprawiła, że książka mnie przez kilka dni zabawiała. Nie jestem pewna, czy nie przerwałabym opowieści, gdyby nie dwójka pobocznych bohaterów. Bohaterów, którzy sprawiali, że człowiek sam do siebie się uśmiechał. Bohaterów, którzy pokazali, czym jest wierność i przyjaźń. Bohaterów, którzy mieli w sobie wielką mądrość. 

 

Gurth i Wamba, bo o nich mowa, są duetem doskonałym. Świetni przyjaciele, wierni, a przede wszystkim umiejący działać w trudnych sytuacjach.

 

Wamba to błazen. Tyle tylko, że błaznem jest w oczach innych bohaterów, podczas gdy każdy czytelnik z pewnością zauważy, iż nie taki z niego głupiec jaki się każdemu wydaje. Gurth to pastuch świń. Przy tym zadaniu przeważnie towarzyszył mu Wamba. Razem rozmawiali, razem się śmiali i razem służyli Cedrikowi. Każdy w taki sposób, w jaki kazały mu jego obowiązki.

 

Cedryk to człowiek uparty, wybuchowy, ale i kochający swoją ojczyznę. To postać, o której rozpisywać długo nie warto.

 

Za to Rebeka. Cudna Rebeka. Żydówka, która potrafiła leczyć. Kobieta piękna. Tak piękna (a może nawet i bardziej) jak Rowena - druga postać kobieca, którą może poznać. 

 

Rebeka żyje w zgodzie swoją religią. Ma zasady i nawet w obliczu śmierci nie wyrzeknie się z nich. Rebeka jest postacią, której się nie zapomina. Tak jak i o Brianie de Bois-Guilbert. Ten człowiek jest w stanie pokazać, co może z człowiekiem zrobić uczucie. To bohater pełen sprzeczności. Czarny charakter, który znowu nie jest taki zły. Człowiek, który wydaje się prawdziwy. 

 

Jest jeszcze jeden bohater, o którym chciałam coś napisać. Tajemniczy łucznik, który bardzo przypomina pewnego bohatera...a być może i jest tym bohaterem. Jako, że niedawno czytała książkę o tym bohaterze, od razu mi go przypominał... i jakbym wiedziała wcześniej, że znajdę go w "Ivanhoe" to chyba już dawno przeczytałabym tą lekturę. :)

 

Książkę dość długo czytałam. Ona ma taki styl. Choć fabuła jest prosta, treść nie jest zaskakująca, to przez długie i momentami nudne opisy, książka po prostu się ciągnęła. Dla dialogów, przy których dobrze się bawiłam (Wamba, Gurth), dialogów, które oczytałam z ożywieniem (wszystkie z Rebeką) nie żałuję ani minuty spędzonej przy lekturze. Niemienia to jednak mojego odczucia. Książka bywała nudnawa, ale była także ciekawa. Takie ot, dwie sprzeczności, które tylko z pozoru się wykluczają, bowiem tak naprawdę jedna książka może być i taka i taka - w zależności od fragmentów, o których mówimy.