Jeździec bez głowy - Thomas Mayne Reid

Zastanawiam się teraz, dlaczego sądziłam, iż serial o tym samym tytule jest na podstawie tej książki? Poza tytułami nic ich nie łączy. Gdyby serial choć dotykał historii z książki, byłoby o tym wspomniane. Lecz ja i tak byłam pewna, że te dwie historie są ze sobą powiązane.

 

A tu nic. W serialu - piękna fantastyka, w książce jest tajemnica, aczkolwiek jej rozwiązanie nie ma w sobie nic z fantastyki. Może to i lepiej, bo wyszło prawdziwiej. Ale też ciekawiej.

 

Historia, jakich wielu. Ona + on. Wiele nie trzeba, by pojawiło się uczucie. Miłość jest piękna, popycha do dobrego. Lecz zazdrość sprawia, że stajemy się źli. Te dwa uczucia pojawiają się w książce. One są najważniejsze. To dzięki nim mamy tak piękną historię.

 

Uwielbiam styl autora. Była to książka, od której oderwać się nie mogłam. Czytając, wciąż czekałam na więcej i więcej. Cudowne to uczucie, gdy książkę nie czyta się przymusowo, by skończyć, lecz z przyjemnością, by poznać losy bohaterów do końca.

 

Zaś bohaterowie.

Maurice Gerald, łowca mustangów, to postać, którą pokochałam całym swoim serduszkiem. Jest ideałem. Moim ideałem i nie pragnę niczego więcej, jeśli o niego chodzi. Naprawdę - postępował tak jak powinien. Pokochałam go.

 

Luiza zaś choć przepiękna, ujęła mnie swoją walką o miłość. To dopiero było coś. Ona w pewnym momencie stała się dla mnie kobietą, która potrafi o siebie walczyć. Lecz nie tylko o siebie.

 

Tytułowy Jeździec bez głowy dodawał całej historii mroku. Sprawiał, że człowiek zastanawiał się, czym lub kim ta postać jest. Była jakby upiorem, który poza atrakcją, dodawał też nieco lęku. Nawet mi. 

 

Oczywiście, gdy już rozwiązano zagadkę związaną z postacią jeźdźca - lęk mniejszy zbudzał. Ale i tak jego nagłe pojawienie się było bardzo mroczne.

 

Przyznam, iż choć wiele książek czytam, było kilka momentów, w których zaskoczyła mnie fabuła. Jednak więcej było wątków, które łatwo było przewidzieć. Choć naprawdę, w przypadku ważnych spraw dla fabuły, zaskoczenie królowało. 

 

Zapomniałam wspomnieć o Felimie. Ta postać byłe genialna. Nieco zabawny, aczkolwiek lojalny sługa Mauricego. 

 

Jeśli chodzi o zakończenie. O głównym winowajcy wiedziałam wcześniej. Tego łatwo było się domyślić. Jednak dochodzenie bohaterów do tego, kto, co i dlaczego właśnie to uczynił ciekawiło mnie. Bowiem łatwo jest oskarżać nie mając dowodów. Czasem zaś bardzo trudno jest te dowody zebrać. 

 

Podczas lektury mogłam poczuć się jak na Dzikim Zachodzie. Nie było może wielu westmanów (mianowicie pamiętam tylko jednego). Spotkanie z Indianami też graniczyło z cudem. Ale wiecie - łowca mustangów, dzika przestrzeń... no po prostu Dziki Zachód jak się patrzy. Tylko w nieco innym stylu. 

 

Dla mnie ta lektura okazała się wielką dawką przyjemności. Mam nadzieję, że podobnie będzie z Wami.