Mantissa - John Fowles

Przyznam, iż mam ogromny problem z tą książką. A raczej z oceną tej pozycji. Nie wiem nawet, od której strony mam ją ugryźć. Więc zacznę od początku.

Zabrałam się za czytanie bez żadnego oczekiwania. Nie liczyłam ani na dobrą, ani na złą pozycję. Po prostu uznałam, że ją szybko przeczytam i zobaczę, o czym to jest. Oczywiście, przeczytałam też opis książki, dzięki czemu byłam przygotowana na erotyk. Ale przecież nawet erotyk może być dobry. Tylko, że ta książka to też do końca nie jest powieść erotyczna. Ta książka to coś dziwnego, nieco abstrakcyjnego. Nietypowego, ale nawet wciągającego (choć to może przez fakt, że byłam ciekawa jak ta nieco absurdalna historia się skończy).

 

Nie miałam ani jednej książki Johna Folesa w rękach. Ta jest moją pierwszą. Nie wiem za ten, jakie są jego inne pozycje. I czy mogę dać autorowi drugą szansę.

Autorem autorem, ale może wrócę do książki. Lektura podzielona jest na IV jakby akty, w których możemy coraz lepiej poznać bohaterów oraz zrozumieć fabułę.

Książka zaczyna się niepozornie, jak dość kiepski erotyk. Mężczyzna budzi się w szpitalu, ma amnezję, na którą jest nietypowa terapia. Po czym nagle przechodzimy do aktu II, gdzie pojawia się Muza. I od tej chwili możemy śledzić kłótnię Muzy z artystą (powiedźmy). Wymiana zdań dotyczy nie tylko książki naszego bohatera, który jest autorem, ale też relacji damsko-męskich.

 

Przyznam, iż od drugiego aktu zaczęło się robić ciekawiej. Przynajmniej na początku. Później ta ich kłótnia wydawała mi się bezsensowna, idiotyczna, pełna banałów. Po prostu było przeciętnie, sztampowo. Lecz, gdy tylko zaczęło wydawać mi się, że jest coraz gorzej, pojawiały się iskierki, przez które w mojej głowie pojawiała się nadzieja. Bo te iskierki sprawiały, iż dialog zaczął iść w innym, początkowo lepszym kierunku.

Wydaje mi się, że nie jestem pewnie w oczekiwanej grupie odbiorców autora. Mnie ta opowiastka nie urzekła. Nie sprawiła, bym miała po niej jakiejś większe przemyślenia poza pragnieniem szybkiego zapomnienia o niej. Nie uważam jednak, by książka była tragiczna, czy całkowicie zła. Ma swoje słabe momenty, ale pojawiają się w niej też mocniejsze punkty. Jest to duży średniak. Ot, taka lektura do przeczytania i raczej do szybkiego zapomnienia.

 

Na szczęście lektura nie dłużyła się nie potrzebnie. Bohaterowie byli nawet znośni, choć momentami bardzo irytujący. Fabuła zaś jest prosta, choć ubrana jest w wiele metafor.

O książce zapewne szybko zapomnę.Wojna płci w wykonaniu autora nie jest tak do końca też wojną płci. To bardziej rozmowa artysty z weną, muzą, czyli prawdę mówiąc rozmowa artysty z samym sobą, z wewnętrznym czy też artystycznym ja. Choć postać Muzy autora jest naprawdę urocza.

 

"Mantissa" to książka nietypowa, choć nie zaskakująca. Inna, choć przeciętna. Pełna sprzeczności. Może taka ma być. Może miała być lepsza. A może po prostu nie jestem w grupie docelowej i nie do końca zrozumiałam, co autor miał na myśli. Tylko, czy on sam wiedział, co chciał przekazać?

 

Jak dla mnie, średniak, o którym zapomnę. Nie polecam, nie odradzam. Zdecydujcie sami, czy chcecie przeznaczać czas na powieść erotyczno-filozoficzną, w której głównym wątkiem jest dialog artysty (?) z Muzą.