Spuścizna - Isaac Bashevis Singer

Sięgnęłam po tą książkę, gdyż opis wskazywał na wielowyznaniową i wielokulturową opowieść o życiu. Pomyślałam, że trafiłam na książkę obyczajową, w której poznamy bohaterów z różnych kultur, wyznań, krajów z różnymi problemami. I rzeczywiście trochę tak jest, ale równocześnie jest jednak inaczej.

 

"Spuścizna" to przede wszystkim opowieść o różnych ludziach z jednego kręgu wyznaniowego (prawie). Bowiem bohaterowie to Żydzi. I to właśnie wśród nich można spotkać człowieka oświeconego, który nic wspólnego nie chce już mieć ze swoją religią czy katoliczkę, która odrzuciła swoją religię ze względu na chrześcijaństwo. Znajdziemy też w powieści bardzo religijnych Żydów i bohaterów, którzy praktykują swoją wiarę, aczkolwiek się nad nią nie zastanawiają. Niemniej wiara jest ważna w powieści. Lecz nie najważniejsza.

 

Powieść to zlepek różnych historii, które się ze sobą łączą w różnorodny sposób. A to nagle dochodzi do nas, iż ta bohaterka zna tamtego bohatera. A to nagle widzimy pokrewieństwo, przyjaźń, miłość. I wiele, wiele innych łączących bohaterów relacji. Bohaterów, którzy na początku wydają się nam przypadkowi, nie powiązani poznanymi wcześniej czy później bohaterami.

 

Przyznam się, że książka była w moim guście. Już dawno nie trafiłam na powieść wielopokoleniową i wielowątkową. Ostatnią przeczytaną książką, w której poznałam wielu ważnych bohaterów był kolejny tom z Sagi Pieśni i Lodu, czyli fantastyka, którą poznaję dzięki uwielbianemu przeze mnie serialowi.

 

Jak już wspomniałam, w książce znajdziemy wielu bohaterów. Niektórych z nich polubiłam, innych nie. O jednych szybko zapomniałam, o innych wciąż pamiętam. Zauważyłam, że każdy był inny, każdy miał jakieś swoje problemy, Zachowania ich były różne, bo sami byli różni. I choć stron nie było tak wiele, by dokładnie bohaterów poznać, to i tak o żadnym z nich nie można powiedzieć, że był jednowymiarowy. Niee, każdy z nich miał w sobie mieszaninę różnych cech, które określały ich jako jednostkę.

 

Najmilej wspominał Azriela. Być może przez fakt, iż jego religijne wątpliwości przypominają moje (choć inne religie). Rozumiałam go i choć niektóre z jego zachowań nie budziły mojej aprobaty (a nawet wzbudzały moją wewnętrzną krytykę) to wciąż go lubiłam. Zresztą większość bohaterów, których polubiłam w powieści, ma swoje małe grzeszki. Może to sprawiło, iż miałam do bohaterów ciepłe uczucia. Wszak każdy z nas popełnia błędy, czasem niewielkie, błahe, czasem zaś poważne. Najważniejsze zaś, co robimy później.

 

Lekturę szybko pochłonęłam. Ona mnie wciągnęła do swojego świata, oczarowała. Nagle poczułam się jakbym przeniosła się w czasie - bez telefonów, internetu, telewizora. W czasy, w których życie było ciężkie, ale i szczęśliwe. Wiecie, teraz też życie jest szczęśliwe (i o wiele łatwiejsze), lecz jest to inne szczęście niż to dostrzegane w książce.

 

Powieść skłania to przemyśleń. Pojawiają się w niej pewne niepokojące zdarzenia, antysemityzm, zmiany nastawienia ludzi do bohaterów powieści, które mogą być proroctwem gorszych, cięższych dla nich czasów. Lecz na szczęście te gorsze czasu w powieści nie nadchodzą.

 

Na koniec zostawiłam sobie słowniczek, który przypadł mi do gustu. Podczas powieści bowiem można trafić na słowa, które niekoniecznie zrozumiemy. Wówczas przydaje nam się słowniczek, który dodany jest na końcu powieści. Zawiera on wszystkie słówka z powieści, które są związane z judaizmem. Hasła są podane alfabetycznie, wyjaśnienia proste i łatwe do zapamiętania. Fajna sprawa.

 

Lekturę polecam każdemu, kto lubi zwykłe powieści o zwykłym życiu, w którym nie ma nic szczególnego, a mimo to jest ciekawe.