Starsza pani wnika - Anna Fryczkowska

Historia, w której jest morderstwo (coś, co lubię), zaginiony obraz, zaginiona osoba. I staruszki. I detektyw, który dopiero zaczyna swoją przygodę z śledztwami. Nie jest też genialny czy chory. Jest zwykły, może trochę ciapowaty... taki z niego zwyczajny miś. Nie jest taki jak bohaterowie z większości seriali kryminalistycznych czy książek o tej tematyce. Zwyczajny z niego mężczyzna. Jego atutem jest babcia, która po kryjomu mu pomaga. To na początku... a potem nasz detektyw oczywiście się dowie, co ta jego babcia wyprawia.
Przy naszych oczach dorosły detektyw, który wewnętrznie jest jeszcze dzieckiem, dorasta. Dzięki poznaniu pewnych dziewczyn, dzięki śledztwu...
Pomysł na książkę świetny. Lecz dla mnie ta książka była męcząca. Po prostu się przy niej męczyłam, choć kryminały lubię. Niestety, ale sposób pisania autorki nie przypadł mi do gustu. Dlatego też ta książka miała u mnie dwa etaty czytania.
Przy pierwszym podejściu do książki przeczytałam może 1/4 jej zawartości. Potem odstawiłam na półkę i długo do nie nie wracałam. Ta przerwa trwała mniej więcej trzy miesiące jak nie dłużej. Potem pomyślałam, spróbuję znowu. I przeczytałam ją do końca bez kolejnych dłuższych przerw. Być może wina była moja, może miałam cięższy okres w życiu i czytanie nie było czymś, co akurat robiłam przyjemnością. Bo po tej przerwie czytało mi się lepiej tą książkę. Miałam mniej momentów, w których nie chciało mi się jej dalej czytać. Za to więcej chwil, gdzie mnie ciekawił ciąg dalszy.
Więc jak udało mi się przebrnąć przez ten początek, to już czytanie jej było przyjemnością.
Ogólnie mi książka nie przypadła do gustu. Przez ten początek jakoś nie potrafią na ją spojrzeć w stylu "o jaka świetna, na pewno do niej wrócę".
Ale jak ktoś lubi kryminały, czytał już książki autorki (to moja pierwsza) i podoba mu się jej twórczość, to myślę, że powinna mu się spodobać ta książka.